I kto to wszystko będzie robił? - CIO (Jarosław Ubysz)
I kto to wszystko będzie robił? - CIO (Jarosław Ubysz)

Autor: Jarosław Ubysz - przewodniczący rady programowej Altkom Akademii
CIO, wrzesień 2006

I kto to wszystko będzie robił?

Fakt, że postęp technologiczny niemal całkowicie potrafi wyeliminować prostą pracę fizyczną, nie każdemu odpowiada. W istocie oznacza to całkiem spory obszar społecznego wykluczenia.

Ale postęp ten podnosi poprzeczkę znacznie wyżej - stopniowo eliminowana zostaje już nie tylko praca fizyczna, ale każda praca wykonywana bez nowoczesnych narzędzi i technologii. Przede wszystkim bez technologii informatycznej. Futurologia zawsze była trochę niepewna. Przewidywanie przyszłości na podstawie przeszłości to zawsze tylko spekulacja, która powinna co najwyżej skłaniać do myślenia i zastanowienia - o ile oczywiście przepowiadana wizja nie jest nazbyt banalna. Od kiedy w 1995 r. Jeremy Rifkin obwieścił "koniec pracy", dyskusja na temat jego tezy, atakowanej lub popieranej z różnych pozycji, trwa nieprzerwanie, a każde drobne zmiany wskaźnika bezrobocia w tym czy w innym kraju interpretowane są natychmiast jako globalna tendencja, która wyjściową tezę potwierdza lub jej
zaprzecza.

Czy Rifkin miał racje?
Teza jest następująca: od początku zorganizowanej pracy towarzyszy jej ogólny postęp technologiczny, wzrost wydajności i wynajdywanie źródeł energii coraz to doskonalszych niż prosty metabolizm. Wynika z tego oczywiście także radykalne skrócenie czasu potrzebnego na wytworzenie tej ilości "produktów", które można będzie sprzedać (albo tak czy inaczej upchnąć na globalnym rynku).

W końcu XIX wieku średni czas pracy to 70 godzin w tygodniu, a w tej chwili kraje Zachodu stoją przed perspektywą skrócenia go do 32 godzin. Czyli, jak z kolei przekonują Hans Peter Martin i Harald Schumann, wkrótce 20% ludzi wytworzy wszystko, czego mogliby potrzebować kiedykolwiek oni sami i cała reszta ludzkości.

Niestety, żadna teoria ekonomiczna nie przewiduje trwałego, strukturalnego 80-proc. bezrobocia. I trudno sobie nawet taką teorię wyobrazić. No, chyba że rozważalibyśmy oderwanie płacy od pracy, ale z doświadczenia wiadomo, że jest to
z całą pewnością ślepa uliczka i lepiej by było do tego już nigdy nie wracać.

Można nie zgadzać się z "końcem pracy" z powodu niechęci do globalizacji i przekonania, że wpada ona w błędne koło pożeracza własnego ogona, którym się w końcu udławi. W istocie, w postępie technologicznym biorą udział poszczególne rejony świata, delikatnie mówiąc, niezbyt równo, trudno więc wyciągać jakiekolwiek wnioski na podstawie krajów, które w nim naprawdę uczestniczą.

Niemniej jednak postęp globalizacji sprawia, że żaden z przodujących krajów nie jest samotną wyspą, a ostatnie linie oporu w postaci polityki imigracyjnej są kruche i niepewne. Kiedyś runą. Jeżeli więc rozpatrujemy jakiekolwiek dane i przesłanki, to tylko w skali całego świata, a wówczas informacje na temat statystycznej wydajności, czasu pracy i wpływu postępu technologicznego rozpatrywane równocześnie w Chinach, Indiach, Europie i dodatkowo na przykład w Afryce zapewne nie będą już tak wyraziste.

Można nie zgadzać się z "końcem pracy" z powodu głębokiej wiary w postęp technologiczny, który sam z siebie potrafił stworzyć społeczeństwo informacyjne i nową gospodarkę, więc również sam zadba o równowagę i wygeneruje nowe rodzaje produktów do wytwarzania, a co za tym idzie - nowe miejsca pracy. Rzeczywiście, usługi, a przede wszystkim informacja jako taka to zupełnie nowy produkt. Ponieważ nikt jeszcze nie wie, ile informacji potrzebnych jest na świecie (i komu), więc nikt też nie wie, ilu ludzi potrafi ją wytworzyć i w jakim czasie. Z usługami jest dokładnie tak samo. Intuicja podpowiada, że akurat w sferze usług przed swobodną wyobraźnią nie stoją żadne ograniczenia, no i problem znika - w miejsce starych miejsc pracy powstają nowe, bo zawsze jest i będzie jakiś nowy rodzaj pracy do wykonania. Tym bardziej że akurat w kwestii zdejmowania z ludzi obowiązku myślenia, wykonywania usług i produkowania informacji postęp technologiczny jakoś nie najlepiej nadąża za prognozami futurologów.

Można nie zgadzać się z "końcem pracy" z powodów ideologicznych, a mianowicie niezachwianej wiary w doskonałość modelu wolnego rynku. Wynika stąd niezmącone niczym przeświadczenie, że jest to układ, który na pewno sam się jakoś wyreguluje, byleby tylko przy nim nie majstrować. Podobnych wyznań wiary w czysty liberalizm można w różnych polemikach odnaleźć więcej.

Można nie zgadzać się z "końcem pracy" z powodów przewrotnych, zgadzając się nim, ale poprzez zamianę skutku i przyczyny udowadniając, że jest to zjawisko normalne i całkowicie pod kontrolą. Otóż w gospodarce, dla której motorem wzrostu jest popyt wewnętrzny, ludzie nie mogą za długo pracować, bo nie będą mieli czasu na kupowanie. Jeżeli już trzeba pogodzić się z tym, że żyjemy w społeczeństwie konsumpcyjnym, należy pogodzić się także z tym, że praca to tylko dodatek do konsumpcji.

Można się wreszcie z "końcem pracy" nie zgadzać z tego powodu, że ideę społeczeństwa informacyjnego i samo zjawisko postępu technologicznego czeka cios zupełnie z innej strony. I to jest właśnie najciekawsze.

Koniec pracy, ale jakiej?
Koniec pracy oznacza bowiem zarówno koniec pracy, jaką znamy, jak i początek pracy, jakiej jeszcze nie znamy (a przynajmniej nie wszyscy). Wzrost wydajności polega nie tylko na nowoczesnych metodach organizacji pracy i pozyskiwania energii, ale także na wzroście kompetencji pracowników.

Fakt, że postęp technologiczny potrafi prawie całkowicie wyeliminować prostą pracę fizyczną, nie każdemu odpowiada. W istocie oznacza to pierwszy, całkiem spory obszar społecznego wykluczenia. Ale postęp technologiczny podnosi poprzeczkę znacznie wyżej - stopniowo wyeliminowana zostaje już nie tylko praca fizyczna, ale każda praca wykonywana bez nowoczesnych narzędzi i nowoczesnej technologii. Przede wszystkim technologii informatycznej.

Ilość kompetencji związanych z przetwarzaniem informacji, którymi musi wykazać się każdy (każdy!!!) pracownik nowej gospodarki rośnie więc nieustannie i końca nie widać. W dodatku nowa gospodarka po staremu opiera się przecież na presji przewagi konkurencyjnej, budowanej tym razem przede wszystkim przez innowacyjność, czyli przez przewagę wiedzy, umiejętności i zaplecza intelektualnego.

W samym obszarze IT, przy całej zmienności koniunktury giełdowej i roli IT w gospodarce, niezależnie również od głębokiego wahnięcia po roku 2000, od kilkunastu lat jeden wskaźnik pozostaje niezmienny. We wszystkich badaniach dotyczących zapotrzebowania na wykwalifikowanych pracowników cały czas powtarza się jeden wynik: około 15-proc. niedobór informatyków lub szerzej, specjalistów branży IT - programistów, analityków, administratorów, inżynierów sieciowych, nie wspominając o specjalistach od helpdesku, inżynierach bezpieczeństwa, niezawodności czy szefach projektów informatycznych.

Być może IT już się nie liczy, ale na pewno nie można go wyłączyć, a wbrew futurystycznym oczekiwaniom samo się obsługiwać tak szybko nie będzie.
W związku z tym wielkie koncerny nie szukają już na świecie miejsc taniej pracy - szukają przede wszystkim miejsc z dostateczną liczbą wykwalifikowanych pracowników.

Ale samo IT to tylko wierzchołek góry lodowej, jeżeli mamy ambicję należenia do społeczeństwa informacyjnego, to w pewnym sensie "wszyscy jesteśmy informatykami". A przynajmniej powinniśmy nimi zostać, bo w przeciwnym wypadku okaże się, że wszelkie zalety takiego społeczeństwa schodzą na plan dalszy wobec problemu poważniejszego: kto do niego mianowicie należy, a kto jest z niego wykluczony. Wykluczony, ponieważ nie potrafi posługiwać się technologią, która w tym społeczeństwie obowiązuje.

Tak się składa, że w życiu społecznym nie ma poważniejszego i groźniejszego problemu niż problem wykluczenia. Swego czasu poświęcono więc wiele wysiłku i energii powszechnej nauce czytania i pisania, aż tu nagle, jak feniks z popiołów pojawił się nie mniej groźny analfabetyzm informatyczny. Pojawił się i istnieje naprawdę.

Z danych Eurostatu, po przebadaniu podstawowych umiejętności informatycznych w państwach Unii, wynika, że prawie co drugi Polak (46%) jest prawdopodobnie informatycznym analfabetą. Test na to dotyczył najprostszych umiejętności, takich jak posługiwanie się myszką czy obsługa przeglądarki; inne, bardziej zaawansowane kompetencje klasyfikowane były wyżej. Polska nie jest wyjątkiem, rozbieżność w krajach Unii to 65% Grecja oraz 10% Dania i Norwegia. Co ciekawe, zupełny brak umiejętności obsługi komputera występuje także, oczywiście nie wszędzie, wśród studentów (w Polsce 2%).

Cztery problemy i kłopot
Wracając do tezy Rifkina, jeżeli wyobrazimy sobie krzywą oznaczającą, jak wraz ze wzrostem wydajności maleje w nowej gospodarce zapotrzebowanie na pracę i zaraz potem inną krzywą oznaczającą, jak wielu ludzi ma dostateczne kwalifikacje, aby się na taką wydajną pracę w tej nowej gospodarce załapać, to prawdopodobnie przetną się one prędzej, niż można się spodziewać, i to pod kątem ostrym.

Według specjalistów HR, już się nawet przecięły i dlatego właśnie tak ciężko im się pracuje. Edukacja informatyczna funkcjonuje pełną parą, ale to ciągle za mało. Zasadniczy problem polega na tym, że nie ma czasu. Świat nie ma zamiaru czekać na następne, lepiej wykształcone pokolenia, a kompetencje potrzebne są tu i teraz. Oznacza to, że nie jest to zadanie dla tradycyjnego systemu edukacji, który
przez stulecia nauczył się świetnie funkcjonować właśnie w rytmie wymiany pokoleń. Jedynym wyjściem jest idea long life learning, czyli kształcenia ustawicznego.

Tym razem nie jest to pomysł na zagospodarowanie wolnego czasu dla ludzi "trzeciego wieku", ale warunek konieczny przetrwania w nowym społeczeństwie. Dla każdego. Godzenie ze sobą nauki i pracy nie dotyczy już tylko niepełnowartościowych stażystów. Na rynku pracy rządzonym przez kompetencje zawsze jest coś nowego, czego się trzeba nauczyć, i to najlepiej na wczoraj, a nie na jutro. To jest właśnie drugi problem. To, co dotyczyło wąskiej grupy specjalistów, zaczyna być nagle egzekwowane od wszystkich, bo specjaliści muszą się skoncentrować na zagadnieniach jeszcze nowszych i bardziej zaawansowanych. Kompetencje i umiejętności nie mają żadnego górnego pułapu, więc edukacja nie ma i nie może mieć końca.

Kształcenie ustawiczne oznacza, że w stosunku do tradycyjnego modelu edukacyjnego stale rośnie rola kursów, szkoleń i całego obszaru intensywnego pozyskiwania wiedzy, adresowanego do pracodawców i pracowników. W gruncie rzeczy odpowiedzialność za to, aby udało się zrealizować ideę społeczeństwa informacyjnego, spada przede wszystkim na ten, nie zawsze doceniany, ale bardzo już dojrzały, dobrze funkcjonujący i świetnie dostosowany do reguł otwartego rynku obszar edukacji.

Trzeci problem polega na tym, że edukacja kosztuje, a skoro ma trwać przez całe życie, musi zostać zaakceptowana jako stały, wysoki składnik ogólnych kosztów pracy. Zaakceptowana zarówno mentalnie, jak i budżetowo - i nie bardzo wiadomo, co jest trudniejsze. Unia Europejska siłami swoich podatników postarała się złagodzić ten dylemat i stworzyła Europejski Fundusz Społeczny.

W Polsce w samym tylko priorytecie VII będzie to budżet 1.588.479.612 euro (wraz ze środkami krajowymi). W priorytecie II, gdzie środki będą dystrybuowane centralnie, wartość pomocy osiągnie 672.298.726 euro (mowa jedynie o środkach, które będą dystrybuowane przez PARP) dofinansowania dla pracodawców, którzy chcieli, by ludzie zaczęli się przyzwyczajać do nowych realiów.

Jeżeli uda się jednymi pieniędzmi załatwić oba problemy, tzn. zmniejszyć obszar społecznego wykluczenia z racji analfabetyzmu informatycznego, a zarazem przeciągnąć jak najwięcej firm na stronę nowej gospodarki - będzie to naprawdę duży sukces i podatnicy będą mogli sobie pogratulować. W końcu realizacja Strategii Lizbońskiej i dogonienie Amerykanów polega tylko i wyłącznie na liczbie firm funkcjonujących skutecznie po stronie nowej gospodarki.

Czwarty problem polega na tym, czy pieniędzy w EFS, wyobraźni pracodawców, determinacji pracowników i przede wszystkim miejsc na szkoleniach rzeczywiście wystarczy. Bo jeżeli nie...
To naprawdę świetnie, że mamy nową gospodarkę, ale kto to wszystko będzie robił?